Świat z perspektywy Łodzi – wywiad Bogusława Chraboty z Jackiem Pałkiewiczem

  • Home
  • Wszystkie
  • Świat z perspektywy Łodzi – wywiad Bogusława Chraboty z Jackiem Pałkiewiczem

Z Jackiem Pałkiewiczem – ambasadorem Kamienicy Rzek – rozmawia Bogusław Chrabota.

Jacek Pałkiewicz – podróżnik, dziennikarz, pisarz, twórca survivalu w Europie. Ustalił miejsce narodzin Amazonki, pokonał samotnie Atlantyk w łodzi ratunkowej, szkolił kosmonautów i elitarne jednostki antyterrorystyczne w skrajnych uwarunkowaniach pustyni i dżungli. Obiektywny komentator rzeczywistości, obywatel świata i jego odkrywca. Autor bestsellerowych książek, m.in.: Syberia i Pasja życia, inspiruje dwa pokolenia polskich podróżników.

 

– Jacku, jak ci przyszło do głowy, by przepłynąć samodzielnie Atlantyk łodzią ratunkową? Skąd ten pomysł?

Na przełomie lat 60. i 70. ub. wieku na morskich wodach pojawiła się liczna grupa żeglarzy, którzy samotnie przepłynęli jakiś ocean, czy nawet odbyli podróż wokółziemską. Do historii przeszły takie nazwiska jak Francis Chichester, Robin Knox-Johnston, Bernard Moitessier, Éric Tabarly czy David Lewis. Wśród nich nie zabrakło i Polaków.  W 1967 r. Leonid Teliga sprzedał mieszkanie, za które wyposażył jacht „Opty” i wypłynął wokół globu. W 1973 r. arcyżeglarz Krzysztof Baranowski   dokonał podobnego wyczynu na jachcie „Polonez”.

Jako zapalony żeglarz, wychowany na jeziorach mazurskich, marzyłem o takiej wyprawie. Nie miałem jednak na takie przedsięwzięcie funduszy, ani sponsora. Już wtedy interesowałem się survivalem, zgłębiałem tajniki przerwania w ekstremalnych warunkach, więc pomyślałem aby przekonać potencjalnego rozbitka, że jeśli się nie podda i nie załamie, to szalupa ratunkowa, na której mógłby się znaleźć, jest w stanie ocalić mu życie. Pamiętałem, że statystyki z okresu II Wojny Światowej mówiły o tym, iż 95 procent osób, spośród tych które zginęły na morzu jako rozbitkowie, straciło życie w chwilę po tym jak się poddali, czyli przestali wierzyć w swoje ocalenie. I ja chciałem udowodnić, że nie trzeba tracić wiary i się poddawać aż do końca. W 1975 r. podjąłem decyzję pokonać Atlantyk w 5-metrowej szalupie ratunkowej, którą kupiłem za nieduże pieniądze w genueńskiej stoczni złomowej, gdzie umierają stare statki.  Przewiozłem ją do Dakaru, skąd wypłynąłem w roli dobrowolnego rozbitka. Mój 44-dniowy rejs był potwierdzeniem mojego założenia.

– Jak długo trwały przygotowania?

Biorąc pod uwagę charakter wyprawy, przygotowania nie trwały zbyt długo. Miałem już spore doświadczenie żeglarskie i dwa lata pływania na różnych akwenach świata na statkach „tanich bander”. Żeglarstwo było przydatne, bo wypływałem bez kontaktu ze światem zewnętrznym, bez samosteru, a przede wszystkim bez sekstantu. To znaczy, że musiałem obliczać swoją pozycję „na oko”, biorąc pod uwagę moją prędkość, znos pod wpływem prądu i dryf uzależniony od oddziaływania wiatru. Przypomnę, że w tamtych czasach GPS jeszcze nie było.Taka improwizacja zdarzyła się tylko raz w mojej karierze podróżniczej. Przekraczając  granice znanego świata, podróżując po nieznanych, nieprzyjaznych krainach i dobrowolnie narażając się na przeciwieństwa losu, choroby, trudy, zawsze musiałem dbać o to żeby każdy, nawet najbardziej banalny wyjazd, był sumiennie przygotowany z uwzględnieniem najdrobniejszych szczegółów. Skrupulatne planowanie to podstawa sukcesu podróży. Jurek Kukuczka, który zaprosił mnie na zimową ekspedycję na Annapurnie, wyznał mi w drodze: ”Kiedy perfekcyjnie zorganizowałem mój wyjazd, wiem, że jedną nogą jestem już u celu”.

– Na czym polegał trening? Co ćwiczyłeś? Mięśnie, czy głowę?

Aby fizycznie przekroczyć pewną granicę, trzeba najpierw przekroczyć ją w swojej psychice, należy złamać barierę, która powstrzymuje człowieka przed sukcesem. Trzeba pamiętać, że w potyczce decydującym czynnikiem jest nie siła fizyczna, a nastawienie mentalne, wola walki i wiara we własne możliwości. W nowej książce „palkiewicz.com”, która lada chwila ujrzy światło dzienne, daję przykład biblijnej walki niepozornego Dawida z olbrzymem Goliatem. To metafora nieoczekiwanego triumfu odniesionego przez słabszego nad kimś znacznie silniejszym. Z pozoru przegrany pokonuje giganta. Nie wolno umniejszać swoich możliwości i tracić nadziei nawet w najgorszych okolicznościach, bo zawsze jest jakieś wyjście. Swego czasu jeden z moich oponentów usłyszał ode mnie: „Wygram z tobą w każdej konkurencji, jaką wybierzesz, nie dlatego, że jestem silniejszy czy inteligentniejszy, tylko ja nigdy się nie zmęczę, a ty tak”, co niektórzy moi adwersarze odebrali jako zarozumialstwo. Wiara w zwycięstwo graniczy często z wiarą w cuda. Świadczy o tym przykład amerykańskich hokeistów amatorów, zebranych z zespołów uniwersyteckich, którzy w 1980 roku na zimowych Igrzyskach Olimpijskich w Lake Placid upokorzyli niezwyciężoną Sborną Związku Radzieckiego. Była to jedna z największych sensacji w dziejach sportu. Drużyna, która teoretycznie nie mogła liczyć na nawiązanie wyrównanej walki, dzięki determinacji dokonała niemożliwego, wygrała 4:3. To symbol tego, do czego zdolny jest zgrany kolektyw.

– Ile trwał ten dziwny rejs?

Cała ta przygoda zamknęła się w 44 dniach żeglugi i stanowi dla mnie duży powód do satysfakcji.

– Czym się żywiłeś? Owocami morza? Czy wygrały puszki z konserwami?

Zabrałem ze sobą tylko skromny, żelazny zapas wody i żywności, dlatego korzystałem z tego co była w stanie zapewnić mi przyroda. Musiałem łowić ryby, zbierać deszczówkę, oraz plankton, drobne przezroczyste organizmy wpadające do siatki z muślinu. Ryby nie tylko zaspakajają głód, ale pocięte na kawałki i przeżute dostarczały bezcennego płynu.

– Miałeś bliższy kontakt z rekinami?

Rekiny trafiały się po drodze, ale one nie stwarzają zagrożenia dla jednostki pływającej. Gorzej było kiedy za plecami, pośród ponurego rytmicznego pomruku oceanu, usłyszałem głośny plusk. To była lądująca po wyskoku na plecy orka, nazywana czasami „wielorybem zabójcą”. Było ich całe stado i były większe od mojej łodzi, a ich masa ciała wynosiła kilka ton. Największe drapieżniki oceanów były nie jednokrotnie przyczyną dramatów żeglarskich. Atakują dla zabawy i niczym torpeda potrafią rozbić głową burtę jachtu, wtedy efekt jest druzgocący.

– Jak smakuje rekin?

Na Atlantyku trafiały mi się duże dorady, źródło pełnowartościowego białka, które konsumowałem na surowo. Takie suszi na śniadanie, na obiad i na kolację. A mięso rekina jadłem kiedyś na Islandii. Raz tego można spróbować, na więcej nie będzie ochoty. Lokalni za nim też specjalnie nie przepadają, a wielu obrzydza, a to z powodu intensywnego zapachu kwasu moczowego, niemiłej woni zbyt dojrzałego sera. To nie przypadek, że do pokrojonego w paski i wyschniętego przed długie miesiące mięsa rekina, podano mi mocną lokalną brandy brennvìn.

– Jak cię przyjęto w Ameryce Południowej?

Najbardziej utkwiło mi w pamięci pierwsze po 44 dniach śniadanie w cywilizacyjnym świecie. Menadżer 5-gwiazdkowego hotelu Pegasus w Georgetown, stolicy Gujany, ofiarował mi gościnność. Odwodniony do granic możliwości, byłem w szoku, kiedy na szwedzkim stole zobaczyłem kilkanaście gatunków tropikalnych soków. Nie wiem, ile ich wypiłem, ale to była największa uczta w moim życiu.

– Pływałeś łodzią po innych akwenach?

Z zasady  w moich wędrówkach po dalekim świecie, posługiwałem się lokalnymi środkami lokomocji. Zatem miałem przyjemność spływać ostatnim sampanem na rzece Jangcy w Chinach, w Zachodniej Papui przemieszczałem się na rzece Mamberamo na bambusowej tratwie. W zatoce Ha Long, uważanej przez Wietnamczyków za ósmy cud świata, żeglowałem tradycyjną dżonką, których dziś już się nie uraczy. Tamtejsi rybacy przesiedli się na praktyczniejsze kutry motorowe, a dla potrzeb rozwijającego się ruchu turystycznego pojawiły się stateczki z dziwnymi czerwonymi żaglami, które mają zapewnić namiastkę historii.

– Pirogą po Amazonce?

Po Amazonce nie, bo to za duża rzeka, ale na różnych małych jej dopływach piroga stanowiła podstawowy środek transportu.

– Czółnem po Titicaca?

Nie, tam przyszło mi poruszać się współczesną łodzią z silnikiem spalinowym.

– W jakiej sytuacji najbardziej bałeś się na wodzie?

Woda już sama w sobie niesie pewne elementy zagrożenia. Morze nie wybacza człowiekowi błędów,  należy zatem podchodzić do niego z respektem, bo ignorancja czy zuchwałość nie popłacają. W samotnym rejsie przez Atlantyk znalazłem się w sztormie i przez trzy dni wylewałem wodę. Jak było  już bardzo niebezpiecznie, to rozmawiałem z Panem Bogiem, zabiegałem o wsparcie.

– A brałeś kiedyś udział w katastrofie wodnej? Może nie na miarę Tytanika, tylko skromniejszej?

Dramatyczne chwile przeżyłem na reniferowych zaprzęgach w drodze na biegun zimna w Ojmiakonie. Przy temperaturze powietrza minus 50 stopni, lód na rzece załamał się i osiem sań zapadło się w głębokiej po kolana lodowatej wodzie. Nasze życie zależało od szybkości działania, bo lód zwierał w żelaznym uścisku sanie i uprzęże. Czas naglił, a woda „wyciąga” ciepło ciała kilkakrotnie szybciej niż powietrze. Ręce miałem skostniałe, nie czułem nóg, wychłodzone mięśnie pracowały wolniej, a palce traciły sprawność. Ciężka i niewygodna odzież ograniczała ruchy, filcowe walonki na nogach zamieniały się w bloki lodu, a my, padając ze zmęczenia, walczyliśmy ze śmiertelną pułapką. I wygraliśmy, pełna grozy lodowa odyseja pozostała za nami.

– Jak się ratować kiedy się wypada z łodzi?

Jak w każdej ekstremalnej sytuacji, nie wolno stracić opanowania, zimnej krwi. Fachowcy od survivalu przypominają, aby nigdy nie rezygnować z walki, nie poddawać się, nie tracić nadziei i nie uważać, że zrobiło się wszystko co możliwe.

– Nie raz próbowałem cię namówić na konie, ale mówisz, że nie jeździsz. Jak to możliwe, że człowiek, który widział cały świat nie jeździ konno?

To trochę nie tak. Ty jeździsz na koniu dla przyjemności, to twoje hobby. Ja nie jeden raz będąc z dala od cywilizacji, przemieszczałem się także i konno, chociaż częściej na grzbiecie wielbłąda, jaka, czy nawet słonia, jak to miało miejsce podczas ekspedycji do wyizolowanej grupy etnicznej Jarai, żyjącej na zamkniętym dla obcych Centralnym Płaskowyżu w Wietnamie.

– Nie wstyd ci trochę?

Ani trochę, bo człowiek wybiera przyjemności, które sprawiają mu najwięcej frajdy.

– Jaki jest twój ulubiony akwen?

Chociaż znam Karaiby, to mimo wszystko zachwycam się wyjątkowym, urozmaiconym podłużnymi wyspami wybrzeżem Chorwacji. Krystalicznie czyste morze, dziewicza przyroda, czarowne krajobrazy i bałkański klimat. Wspaniałe miejsca na wymarzony urlop.

– Gdzie byś chciał wrócić?

Lubię wracać do Ameryki  Łacińskiej i do Indochin, gdzie zagadkowy czar atmosfery minionych czasów i egzotycznego świata uchodzi już w zapomnienie. Ich koloryt oglądać można głównie  na pożółkłych fotografiach w starych albumach.

– Najpiękniejszy wieczór w Lodzi?

W moich podróżach widywałem różne bajeczne obrazy, ale zachód słońca na Bali widziany z pokładu łodzi przebija chyba wszystkie inne. To niezwykłe wydarzenie potrafi poruszyć nawet tych, którzy niejedno już przeżyli. Niebo eksploduje wszystkimi odcieniami czerwieni, podczas gdy wielka ognista kula, niczym chiński lampion zanurza się w głąb oceanu.

– A spędziłeś kiedyś wieczór w Łodzi z kobietą?

Tak, dawno temu, była taka historia. Zaczęło się wieczorem, ale pamiętam, że skończyło się dużo później.

– Jak to zniosła?

Chciałbym wierzyć, że wyniosła niezapomniane wrażenia.

– Jakie masz przesłanie dla mieszkańców Łodzi?

Życzę pomyślności i satysfakcji wszystkim łodzianom, aby mieli powody do poczucia dumy ze swojego miasta – przyjaznego domu dla  wszystkich.

Zostaw komentarz